wtorek, 23 sierpnia 2011

Urlopik


Czekasz cały boży rok na ten upragniony dzień. Modlisz się o słońce, jakby to było największą wartością. Zaopatrzona w ciężko ciułane pieniądze wyruszasz w końcu ku przygodzie nad polskie morze. Walizka pęka w szwach od nadmiaru bluzeczek, spódniczek , sukienek oczywiście wszystko mini, aby odkrywało maxi. Bikini zasłania tyle co listek figowy, myślisz co tam, trzeba się opalić gdzie się da. Po 10 godzinach jazdy koleją masz już dość, i nie marzysz już o słońcu tylko o własnym m3, i łóżku, które z tej perspektywy jest najwygodniejsze na świecie. Jeszcze tylko godzinka pekaesem i jesteś. W płucach czujesz falujące świeże powietrze, jakby było najczystsze na świecie, ba, czujesz, że twoje chore, zbolałe od angin gardło nagle się juz uodparnia. Myślisz, tu to się chce żyć, nie to co w tym zasmrodzonym mieście bez grama zieleni. Rzucasz walizką na łóżko, bierzesz szybki prysznic, ubierasz się i oto jesteś gotowa na spacer po promenadzie. I tu pierwsze rozczarowanie. Piękny Bałtyk miał być tylko 100 m od kawtery a ty idziesz, i idziesz i już się wleczesz a tu nadal ani widu ani słychu szumu fal. Co tam, takie spacerki przydadzą mi się na poprawę kondycji. W końcu Twoim oczom ukazuję się cudownie błękitne( zielone) morze, zapach szumi w głowie, wyzwala nowy napływ optymizmu. Już zapomniałaś że piechotą przez wąwóz, później przez las z góry i pod góre musiałaś iść 4 kilosy. Oto stoisz TY- pracownica roku, umęczona życiem matka i żona a dziś niebieski ptak, który zaraz poszybuje gdzieś daleko.Amibitnie myślisz o zażyciu słodkiej kąpieli, która zmyje z Ciebie cały rok chronicznego braku snu, zmęczenia, udręczęnia,monotonię dnia każdego. Wkładasz zapobiegawczo lewą nogę, później prawą, przy czym ta lewa już ci zdążyła zdrętwieć. Jest upiornie zimno, dobrze, że chociaż żar leje się z nieba bo jakby padał deszcz...I właśnie poczułaś się jak indianin odprawiający modły bo zostałaś wysłuchana i leje jak z cebra. Zimno jak cholera, wyjść spod kołdry się nie chce, mija kolejny dzień, a tu jedyną rozrywką jest telewizor w świetlicy. Z nadmiaru wolnego książka nie smakuje już jak ta czytana pokątnie między zupą a drugim daniem. Czujesz się bardziej zmęczona niż gdy żyłaś na pełnych obrotach. Tydzień strzelił jak z bata. Wreszcie zza zasłony z samego rana zagląda nieśmiało słońce. Jest dobrze, przemyka przez głowę. Ubierasz się pośpiesznie i gnasz o dziewiątej rano na plażę. Usadawiasz się wygodnie, rokładasz koc, parawan, i leżysz błogo zapominjąc o bożym świecie. Nagle budzisz się, coś szczypie, coś drapie, coś swędzi. Uświadamiasz sobie, że usnęłaś, i nie na krótką półgodzinną drzemkę, tylko głeboko na cztery długie godziny. Pakujesz się i co sił w nogach lecisz do pokoju. Spoglądasz lustro, i oczom własnym nie wierzysz. Rak przy Tobie wygląda blado. Czujesz się otumaniona, jest ci zimno. Dociera do Ciebie, że chyba dostałaś udaru. Kładziesz się na łóżku i czekasz na śmierć w męczarniach, samotna, biedna. Budzisz się, ciemność spowija pokój, uff żyjesz. I w tym momencie przychodzi refleksja- masz dość urlopu. Wracasz do swoich ścian, do zrzędzenia współmałżonka, do biegania dziecka i już wiesz, że Ty wcale nie kochasz świętego spokoju. Ty kochasz monotonie, nudę i codzienne gotowanie obiadów. A na książkę też znajdziesz czas- między faktami a wiadomościami. No nareszcie koniec urlopu...Zmęczyłaś się...

niedziela, 21 sierpnia 2011

Dopóki jestem

Siądź z tamtym mężczyzną
twarzą w twarz,
kiedy mnie już nie będzie.
Spalcie w kominie
moje buty i płaszcz,
zróbcie sobie miejsce...

A mnie oszukuj mile
uśmiechem, słowem, gestem,
dopóki jestem, dopóki jestem 

Płyń z tamtym mężczyzną
w górę rzek,
kiedy mnie już nie będzie,
znajdźcie polanę, smukłą sosnę i brzeg,
zróbcie sobie miejsce...

A mnie wspominaj czule,
że mało tak się śniłem,
a przecież byłem, no przecież byłem...

Dziel z tamtym mężczyzną
chleb na pół,
kiedy mnie już nie będzie,
kupcie firanki, jakąś lampę i stół,
zróbcie sobie miejsce...

A mnie bezczelnie kochaj,
choć smutne śpiewki przędę,
bo przecież będę, no przecież będę





Smutne to i piękne. Jakim trzeba być fantastycznym człowiekiem,aby umieć tak ubierać uczucia w słowa. Aż żal, że świat,  stracił Agnieszkę Osiecką. Bezpowrotnie.



niedziela, 14 sierpnia 2011

Nie chcę, nie mogę...

Głowa mnie boli, daj mi spokój. Przecież mówię, że mi łeb pęka na kawałki, a Ty tylko o jednym. Weź śpij czy co. Nie wiem rób co chcesz. Kocham Cię, kocham. Wcale Cię nie zdradzam, nikogo nie mam. Głowa mnie boli, chce mi się spać. Czy to tak trudno pojąć.

Brzuch mnie boli. O matko boska jak boli. Zaraz chyba umrę z bólu. Nie dotykaj mnie, bo bardziej boli. Jak to udaję?! Jesteś bezczelnym chamem. Ja tak cierpię, a Ty mi gadasz, że udaję. Zobaczymy jak Ciebie będzie boleć. Jak to dziwne, że na noc mnie boli. Ból nie wybiera pory dnia. Nie, nie chcę herbatki z mięty, nie chcę dziurawca, nie chcę nospy, chcę tylko spokoju. Chcę spać. Jak to się nie zastanawiam co Ty chcesz. Ja się pół dnia zastanawiam co na obiad zrobić, a Ty mi gadasz, że nic a nic. To mało według Ciebie?!. Okey, jutro Ty się bierzesz za gary. Jak to krzyczę. Ja mam taki głos. Dobra śpij już. Mam się nie odzywać? A proszę Cie bardzo.

O Jezusie jaka jestem zmęczona. Padam z nóg. Nawet czytać nie mam siły. Weź tą rękę z mojego brzucha. Jak to dlaczego, ciężka jest. O już zasypiam. O już zamykam oczy, Słyszysz śpię już. Śpię już. Nie, nie mam ochoty, nie widzisz, że śpię. To idź w cholerę, tylko daj spać człowiekowi biednemu. Co?! Ja nie człowiek? Bez uczuć? To Ci uczuciowo mówię, spadaj bo chcę spać...

wtorek, 28 czerwca 2011

Sezon ogórowy czas zacząć

Nie ma chyba bardziej zadowolonej osoby na świecie z powtórek wszelkiej maść produkcji z czasów prl-u jak mój małżonek. Godzina 20 na zegarku i rozpoczynamy batalię o właściciela pilota. O ile raz w roku mogę sobie trzasnąć jakąś powtóreczkę to kilka razy Alternatywy czy Zmienników sobie daruje. A on jak na złość. Zaczynam wierzyć w to, że musi oglądać wszystko po 20 razy żeby lepiej zrozumieć albo w ogóle pojąć. Kogel Mogel znam na pamięć. Kochałam ten film , nie powiem, ale teraz kiedy leci kilka razy( przy okazji wszystkich świąt) stał się lekko już przyciężkawy, przykurzony no i nie śmieszy jak niegdyś. I tylko słucham zachwytów, jak to kiedyś było fajnie i cudnie, jacy to ludzie zajebiści żyli. Minusów tamtych czasów jakby moja połowica w ogóle nie dostrzega. Chyba nie słuchał hymnu kolejkowiczów, narzekań o kartkach, o łapówkarstwie na żywca, braku luksusowego a jakże papieru do du..., śmiesznej cenzury. Nie słyszał bidula bo przyszło mu się urodzić na początku lat 80 i niewiele pamięta. A to co pamięta to już zakłamany obrazek właśnie z niektórych filmów. No nic. Trzeba oglądać, może i ja lepiej pojmę i czegoś nowego po setnym razie się dowiem...

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Spódniczka jest chora, więc została w domu

Nie przesadził przystojny ponoć Hugh Grant w Dzienniku Bridget Jones gdy stwierdził rozbrajająco: Briżit, twoja spódniczka zachorowała? Oglądając opolski festiwal stwierdziłam- świat schodzi na psy. Większość polskich młodych piosenkarek wystąpiło w samych majtkach. Bo to co zakrywało majtki spódnicą lub spodniami nazwać nie było można.

środa, 1 czerwca 2011

Ynteligencja...

Uff po 2 latach, trzech długich miesiącach w końcu nadszedł ten dzień. Dzień odchamienia się, ukulturalnienia się i spijanie sztuki przez duże S pełnią siebie. Za minut kilka wyruszam na festiwal reżyserski. Film Almodovara to coś, co warto oglądnąć choćby z tego względu, żeby powiedzieć: byłam – widziałam i może nawet zrozumiałam. Faktem jest , że temat jest ciężki, filmy Pedra ciężko zrozumieć, bo nie są sztampowe i dla widza z ulicy. Najważniejsze jest jednak to, że ja zachukana, udomowiona kura polska wyrwę się z domu na 3 długie godziny, bez skamlącego o uwagę dziecka i „gadającej głowy”jego tatusia i mego małżonka. Pierwszy krok do bycia trendy i na czasie wykonałam juz jakieś miesiąc temu. Zebrałam się na odwagę i zakupiłam poczytną( ponoć) książkę znakomitej aktoki Izy Kuny „ Klara”. Myślę sobie, przeczytwaszy recenzje z okładki, że warto. Czytam, czytam i myślę sobie, że jestem niewarta tej literatury. Nic nie rozumiem, jedna strona podobna do drugiej, kurwy, huje co krok, co linijka, ale cierpliwie czekam na dawkę humoru mając cały czas w pamięci fenomenalną rolę aktorki w „ Lejdis”. I jak mówił niegdyś ktoś to se poczekałam. Szczerze uśmiałam się raz, ale dziś już nie pamiętam nawet z czego. Styl pisania niezdyscyplinowany, chaotyczny w sumie o „ dupie Maryni”, jednym i tym samym. Zrozumiałam, że jestem tępym odludkiem, który nie czuję bluesa. Idąc jednak za ciosem, wertuje wujka google w poszukiwaniu odczuć innych złaknionych dobrej literatury. Razem z kółkiem dobrej ksiązki dochodzimy do wspólnego wniosku- Iza Kuna niech lepiej pozostanie przy graniu. Straciłam trzy dychy na kmiot i jeden dzień. Niechaj będzie...

wtorek, 24 maja 2011

Nie proszę o więcej...

Kolejny dzień minął, kolejne 24 h przeszły w zapomnienie. Bieg z przeszkodami to pikuś do tego co pokonuje młoda matka. Szczęśliwe zrelaksowane małżeństwo tulące do siebie małego, ślicznego berbecia istnieje tylko w filmach. Gdybym tą wiedzę o rodzicielstwie miała przed podjęciem decyzji o dziecku, podejrzewam, że mojego potomka długo jeszcze nie byłoby na świecie. Czemu do diabła, nikt a nikt nie mówi jakie to trudne i wyczerpujące. Non stop jesteśmy torpedowane tym co powinniśmy, do czego mamy prawo a co robimy źle. Żyjemy w ciągłym przeświadczeniu, że każde instynktowne podejście do dziecka, to jakiś błąd dla jego przyszłości. Nie słuchałam w ciąży Mozarta to będę miała za swoje- moje dziecko będzie mało inteligentnym głąbem. Nie karmiłam piersią- moje dziecko będzie chorowitym anemikiem, bez odporności( to nic, że nie choruje, naukowcy wiedzą lepiej). Ugotuje mu zupę na mięsie gdy nie skończy jeszcze roku- karmie go samymi pestycydami, benzoesanami i toną soli, a słoiczki to jest to. Smoczek musi być wygotowany milion razy, butelka tylko szklana, nie zbierają się zarazki, kaszki nie z opakowania tylko gotowane godzinami samemu, mleko broń boże uht, spacer latem tylko po 16( a młody stoi pod drzwiami i idzie pa pa już o 6 rano). Jak tu żyć i wyzbyć się tego codziennego poczucia winy, że oto ja matka swojego ukochanego dziecka tak mu szkodzę...
Nie proszę o więcej tylko o dozę rozsądku i traktowanie matek jako rozumny byt a nie chodzący inkubator co ma urodzić, wychować i posłać w świat...