Czekasz cały boży rok na ten upragniony dzień. Modlisz się o słońce, jakby to było największą wartością. Zaopatrzona w ciężko ciułane pieniądze wyruszasz w końcu ku przygodzie nad polskie morze. Walizka pęka w szwach od nadmiaru bluzeczek, spódniczek , sukienek oczywiście wszystko mini, aby odkrywało maxi. Bikini zasłania tyle co listek figowy, myślisz co tam, trzeba się opalić gdzie się da. Po 10 godzinach jazdy koleją masz już dość, i nie marzysz już o słońcu tylko o własnym m3, i łóżku, które z tej perspektywy jest najwygodniejsze na świecie. Jeszcze tylko godzinka pekaesem i jesteś. W płucach czujesz falujące świeże powietrze, jakby było najczystsze na świecie, ba, czujesz, że twoje chore, zbolałe od angin gardło nagle się juz uodparnia. Myślisz, tu to się chce żyć, nie to co w tym zasmrodzonym mieście bez grama zieleni. Rzucasz walizką na łóżko, bierzesz szybki prysznic, ubierasz się i oto jesteś gotowa na spacer po promenadzie. I tu pierwsze rozczarowanie. Piękny Bałtyk miał być tylko 100 m od kawtery a ty idziesz, i idziesz i już się wleczesz a tu nadal ani widu ani słychu szumu fal. Co tam, takie spacerki przydadzą mi się na poprawę kondycji. W końcu Twoim oczom ukazuję się cudownie błękitne( zielone) morze, zapach szumi w głowie, wyzwala nowy napływ optymizmu. Już zapomniałaś że piechotą przez wąwóz, później przez las z góry i pod góre musiałaś iść 4 kilosy. Oto stoisz TY- pracownica roku, umęczona życiem matka i żona a dziś niebieski ptak, który zaraz poszybuje gdzieś daleko.Amibitnie myślisz o zażyciu słodkiej kąpieli, która zmyje z Ciebie cały rok chronicznego braku snu, zmęczenia, udręczęnia,monotonię dnia każdego. Wkładasz zapobiegawczo lewą nogę, później prawą, przy czym ta lewa już ci zdążyła zdrętwieć. Jest upiornie zimno, dobrze, że chociaż żar leje się z nieba bo jakby padał deszcz...I właśnie poczułaś się jak indianin odprawiający modły bo zostałaś wysłuchana i leje jak z cebra. Zimno jak cholera, wyjść spod kołdry się nie chce, mija kolejny dzień, a tu jedyną rozrywką jest telewizor w świetlicy. Z nadmiaru wolnego książka nie smakuje już jak ta czytana pokątnie między zupą a drugim daniem. Czujesz się bardziej zmęczona niż gdy żyłaś na pełnych obrotach. Tydzień strzelił jak z bata. Wreszcie zza zasłony z samego rana zagląda nieśmiało słońce. Jest dobrze, przemyka przez głowę. Ubierasz się pośpiesznie i gnasz o dziewiątej rano na plażę. Usadawiasz się wygodnie, rokładasz koc, parawan, i leżysz błogo zapominjąc o bożym świecie. Nagle budzisz się, coś szczypie, coś drapie, coś swędzi. Uświadamiasz sobie, że usnęłaś, i nie na krótką półgodzinną drzemkę, tylko głeboko na cztery długie godziny. Pakujesz się i co sił w nogach lecisz do pokoju. Spoglądasz lustro, i oczom własnym nie wierzysz. Rak przy Tobie wygląda blado. Czujesz się otumaniona, jest ci zimno. Dociera do Ciebie, że chyba dostałaś udaru. Kładziesz się na łóżku i czekasz na śmierć w męczarniach, samotna, biedna. Budzisz się, ciemność spowija pokój, uff żyjesz. I w tym momencie przychodzi refleksja- masz dość urlopu. Wracasz do swoich ścian, do zrzędzenia współmałżonka, do biegania dziecka i już wiesz, że Ty wcale nie kochasz świętego spokoju. Ty kochasz monotonie, nudę i codzienne gotowanie obiadów. A na książkę też znajdziesz czas- między faktami a wiadomościami. No nareszcie koniec urlopu...Zmęczyłaś się...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz