poniedziałek, 23 stycznia 2012

Somebody that I used to now


Now and then I think of when we were together
Like when you said you felt so happy you could die
Told myself that you were right for me
But felt so lonely in your company
But that was love and it's an ache I still remember.
You can addicted to a certain kind of sadness
Like resignation to the end
Always the end
So when we found that we could not make sense
Well you saaid that we would still be friends
But I'll admit that I was glad that it was over.

Chorus:
But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened
And that we were nothing
And I don't even need your love
But you treat me like a stranger
And that feels so rough
You didn't have to stoop so low
Have your friends collect your records
And then change your number
I guess that I don't need that tough
Now you're just somebody, that I used to know.
Now you're just somebody, that I used to know.

Kimbra: 
Now and then I think of all the times you screwed me over
But had me believing it waas always something that I'd done
And I don't wanna live that way
Reading into every word you say
You said that you could let it go
And I wouldn't catch you hung up on somebody that you used to know.
Now you're just somebody, that I used to know.

Chorus:
But you didn't have to cut me off
Make out like it never happened
And that we were nothing
And I don't even need your love
But you treat me like a stranger
And that feels so rough
You didn't have to stoop so low
Have your friends collect your records
And then change your number
I guess that I don't need that tough
Now you're just somebody, that I used to know.
Somebody, that I used to know
Somebody, that I used to know
Somebody, that I used to know

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Był jak kruchy róży kwiat

Był wieczór. Cisza wszechobecna aż dzwoniła w uszach. Szła parkiem, skręcała w kolejna alejkę. Żywego ducha nie ma-pomyślała. Nie bała się. No bo czego. Zna to miejsce bardzo dobrze. Każde drzewo, każdą ławkę. Wszystko zna. Siebie zna też. A jednak. Dlaczego nie mogła poświęcić mu jednej chwili. Dlaczego przechodziła obok niego codziennie i nie zatrzymała się by zapytać zwyczajowo co słychać.  Pędziła. Dzień w dzień. A to do pracy, a to do szkoły, a to na zakupy. Nigdy nie miała czasu. Ani minuty. Nie lubiła się spóźniać. Zawsze była przed. Teraz w jego wypadku się spóźniła. Nim to zrozumiała było za późno. Teraz myśli co mogłaby zrobić. Czasu cofnąć się nie da. Szkód wywołanych przez swoją ignorancję też nie.On już nie zrozumie, nie usłyszy jak ona żałuję. Jak bardzo jest jej przykro, że ich czas minął. Skończył się bezpowrotnie. Ktoś jednak idzie za nią, więc przyspiesza. Za chwilę wyjdzie na oświetloną ulicę. Ktoś za nią idzie coraz szybciej. Serce na chwile staje. Strach przeszywa ją na wskroś. Dotyka jej ramienia. Torebka spada, wysypuje się cała zawartość. Zamiast uciekać, ona rzuca się do zbierania szpargałów. On zresztą też. Płacze. Płacze jak oszalała, histerycznie. Podnosi głowę i widzi jego. To on za nią jednak wyszedł. Mówi, że kocha, że czekał i , że nadal czeka. Że wcale jej nie nienawidzi. Że na nią czekał całe życie, nawet jak patrzyła na niego z góry i przechodziła obok. Tyle czasu zmarnowali. Za dużo.

wtorek, 10 stycznia 2012

Moja bajka...

Na ulicy głośno, zimno, szaro i brudno. A tu jeszcze na tym przystanku trzeba stać i czekać. Autobus jak zwykle się spóźnia a przecież chwalili się, że będą jeździć jak w zegarku. Z jednej nogi na drugą, kiwam się jak pingwin. Mogliby jakieś koksowniki postawić chociaż. Nic o ludzi nie dbają. Wsiadam. Jak sęp szukający ofiary tak ja, przemierzam wzrokiem autobus za wolnym miejscem. Jest, jedno jedyne na samym końcu. Rzucam się do niego jak harpia na ofiarę. Już prawie jestem, jeszcze tylko jeden metrzyk. A tu siup i rosły blondas zajmuje mi miejsce. Gdyby wzrok mógł zabić to facet tonął by w krwi zamordowany na miejscu. No nic, zero szacunku, myślę. Jadę, podskakuje na wybojach ulicznych, ale dziarsko się trzymam. Odmierzam kolejno przystanki, marząc o spokoju. O ciszy, cieple, fiolecie ścian, kocie mruczącym miło i kubku mocnej jak czaj herbaty. Wysiadłam marząc jeszcze. Przemierzam pośpiesznie ulicę, prawie lecę jak na skrzydłach. Jeszcze chwilka, jeszcze moment. Schody do domu pokonuję prawie galopem. Rozbieram się z tych warstw odzienia, przeklęta zima, myślę w duchu. Jestem. Siadam. Wstaję , idę do kuchni. Nastawiam wodę na herbatę, z szafki wyciągam Delicje. Usadawiam się wygodnie na kanapie. Mam ciszę,mam spokój. Mam wszystko. To moja bajka.

wtorek, 15 listopada 2011

Święta na początku listopada

1 listopada minął i w niektórych sklepach zaczęto przygotowania do świąt.

Klienci bombardowani są zewsząd świecącymi lampkami, zielonymi choinkami, czerwonymi łańcuchami, zapachem piernika, tonami zabawek i słodyczy. W tle, chodząc między sklepowymi półkami słychać szlagiery sprzed lat, „Jingle Bells” rozbrzmiewa a wtóruje mu „We wish you”. Ach jak pięknie, ach jak przyjemnie. Wszystko jest cudnie zapakowane, wszystko w promocyjnych cenach, niepowtarzalnych okazjach. I tak błądzimy , wrzucamy po kolei do koszyka mikołaje, z dwa łańcuchy, paczkę bombek i lampki. Przyszliśmy do sklepu po zupełnie coś innego. Zapowiada się istne szaleństwo. Gigantyczne kolejki, korki na parkingach i tłumy przed kasami.

Wprowadzanie świątecznych gadżetów nie ma nic wspólnego z przeżywaniem świąt Bożego Narodzenia. Osoby odpowiedzialne za promocję w marketach powinny mocno się zastanowić. Czekając na święta, atakowani przez reklamy mamy coraz bardziej dość. W połowie grudnia na słowa piosenek dostajemy gęsiej skórki a od zapachu piernika coraz bardziej mdli. Już nie można zrobić zakupów w spokoju. Jesteśmy zmęczeni. Bo o ile fajnie nacieszyć zmysły tą radosną atmosferą o tyle ta komercjalizacja świąt nie całkiem nam polakom się podoba.

środa, 9 listopada 2011

Bida mejd in poland

Bieda mejd in Poland

Ma pani męża, konkubenta? A broń boże , darmozjada się pozbyłam już dawno temu. Czyli samotnie wychowuje pani dzieci? Jak najbardziej proszę pani. Dobrze, a proszę mi powiedzieć, czy pracuję ktoś pełnoletni w domu. Nie, ja nie pracuję. A szuka pani pracy gdzieś? Ależ oczywiście, codziennie roznoszę setki cv, do różnych firm, ale nikt mnie nie chce. Wie pani jak to jest, nie chcą bo nie mam wykształcenia. Przecież można pracować i nie mieć wyższych studiów. Tak! Ja nie pójdę jednak za najniższą krajową, mi się to droga pani, nie kalkuluje wcale. Zarobię tysiąc złotych, pół dnia mnie w domu nie będzie, dochód mi wzrośnie i wszystkie dodatki stracę a jeszcze co ja z dziećmi zrobię. Jak to do przedszkola, a za co ja zapłacę? W naszym mieście jest bezpłatne przedszkole, może pani skorzystać. Tak, a gdzie? W centrum. A to za daleko, nie mam czym podjechać. Dobrze, skoro kwestię pracy mamy już za sobą , proszę powiedzieć co pani potrzebuję. Wszystkiego, jedzenia by się przydało, dzieci lubią podjeść, tylko na najtańsze mają alergię, wie pani, chorowitki, brakuje proszku do prania, kołder, poduszek, pralki, lodówki. No i komputer by się przydał dzieciom w celach edukacyjnych oczywiście. A co z dochodami, z czego się pani utrzymuję? No mam zasiłek rodzinny, dodatek za wielodzietność, alimenty, dodatek mieszkaniowy, zasiłek okresowy z mopsu, i czasami celowy, dzieci dostają obiady w szkole. Czyli reasumując to ile tego jest? Tak mniej więcej 2500 tysiąca. Dziękuję za odpowiedzi.

Kiedyś na początku 2000 roku człowiek biedny kojarzył się z klientem comiesięcznym mops-u czyli darmozjadem. Gdy na wywiad środowiskowy przychodził pracownik, tylko kształt po postawionym wcześniej telewizorze, mówił, że rodzina tak owy posiada. Dziś standardem w domu, nawet najbiedniejszym jest laptop, komputer i plazma na ścianie. Te osoby nadal utrzymują się z kieszeni podatników, ale bieda staję się bardziej luksusowa. Przęciętnie żyjąca rodzina, pełna, zarabiająca po najniższej krajowej, której żadna pomoc od państwa się nie należy, nie posiada zbytków techniki. Wręcz świadomie odmawia sobie i dzieciom dostępu ponieważ zaspokojenie podstawowych potrzeb jest ważniejsze. I nie chodzi tu o to, że są gorszymi rodzicami. Poprostu powoli stają się ubożsi od sąsiadów żyjących z ich podatków.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Urlopik


Czekasz cały boży rok na ten upragniony dzień. Modlisz się o słońce, jakby to było największą wartością. Zaopatrzona w ciężko ciułane pieniądze wyruszasz w końcu ku przygodzie nad polskie morze. Walizka pęka w szwach od nadmiaru bluzeczek, spódniczek , sukienek oczywiście wszystko mini, aby odkrywało maxi. Bikini zasłania tyle co listek figowy, myślisz co tam, trzeba się opalić gdzie się da. Po 10 godzinach jazdy koleją masz już dość, i nie marzysz już o słońcu tylko o własnym m3, i łóżku, które z tej perspektywy jest najwygodniejsze na świecie. Jeszcze tylko godzinka pekaesem i jesteś. W płucach czujesz falujące świeże powietrze, jakby było najczystsze na świecie, ba, czujesz, że twoje chore, zbolałe od angin gardło nagle się juz uodparnia. Myślisz, tu to się chce żyć, nie to co w tym zasmrodzonym mieście bez grama zieleni. Rzucasz walizką na łóżko, bierzesz szybki prysznic, ubierasz się i oto jesteś gotowa na spacer po promenadzie. I tu pierwsze rozczarowanie. Piękny Bałtyk miał być tylko 100 m od kawtery a ty idziesz, i idziesz i już się wleczesz a tu nadal ani widu ani słychu szumu fal. Co tam, takie spacerki przydadzą mi się na poprawę kondycji. W końcu Twoim oczom ukazuję się cudownie błękitne( zielone) morze, zapach szumi w głowie, wyzwala nowy napływ optymizmu. Już zapomniałaś że piechotą przez wąwóz, później przez las z góry i pod góre musiałaś iść 4 kilosy. Oto stoisz TY- pracownica roku, umęczona życiem matka i żona a dziś niebieski ptak, który zaraz poszybuje gdzieś daleko.Amibitnie myślisz o zażyciu słodkiej kąpieli, która zmyje z Ciebie cały rok chronicznego braku snu, zmęczenia, udręczęnia,monotonię dnia każdego. Wkładasz zapobiegawczo lewą nogę, później prawą, przy czym ta lewa już ci zdążyła zdrętwieć. Jest upiornie zimno, dobrze, że chociaż żar leje się z nieba bo jakby padał deszcz...I właśnie poczułaś się jak indianin odprawiający modły bo zostałaś wysłuchana i leje jak z cebra. Zimno jak cholera, wyjść spod kołdry się nie chce, mija kolejny dzień, a tu jedyną rozrywką jest telewizor w świetlicy. Z nadmiaru wolnego książka nie smakuje już jak ta czytana pokątnie między zupą a drugim daniem. Czujesz się bardziej zmęczona niż gdy żyłaś na pełnych obrotach. Tydzień strzelił jak z bata. Wreszcie zza zasłony z samego rana zagląda nieśmiało słońce. Jest dobrze, przemyka przez głowę. Ubierasz się pośpiesznie i gnasz o dziewiątej rano na plażę. Usadawiasz się wygodnie, rokładasz koc, parawan, i leżysz błogo zapominjąc o bożym świecie. Nagle budzisz się, coś szczypie, coś drapie, coś swędzi. Uświadamiasz sobie, że usnęłaś, i nie na krótką półgodzinną drzemkę, tylko głeboko na cztery długie godziny. Pakujesz się i co sił w nogach lecisz do pokoju. Spoglądasz lustro, i oczom własnym nie wierzysz. Rak przy Tobie wygląda blado. Czujesz się otumaniona, jest ci zimno. Dociera do Ciebie, że chyba dostałaś udaru. Kładziesz się na łóżku i czekasz na śmierć w męczarniach, samotna, biedna. Budzisz się, ciemność spowija pokój, uff żyjesz. I w tym momencie przychodzi refleksja- masz dość urlopu. Wracasz do swoich ścian, do zrzędzenia współmałżonka, do biegania dziecka i już wiesz, że Ty wcale nie kochasz świętego spokoju. Ty kochasz monotonie, nudę i codzienne gotowanie obiadów. A na książkę też znajdziesz czas- między faktami a wiadomościami. No nareszcie koniec urlopu...Zmęczyłaś się...