poniedziałek, 16 stycznia 2012
Był jak kruchy róży kwiat
Był wieczór. Cisza wszechobecna aż dzwoniła w uszach. Szła parkiem, skręcała w kolejna alejkę. Żywego ducha nie ma-pomyślała. Nie bała się. No bo czego. Zna to miejsce bardzo dobrze. Każde drzewo, każdą ławkę. Wszystko zna. Siebie zna też. A jednak. Dlaczego nie mogła poświęcić mu jednej chwili. Dlaczego przechodziła obok niego codziennie i nie zatrzymała się by zapytać zwyczajowo co słychać. Pędziła. Dzień w dzień. A to do pracy, a to do szkoły, a to na zakupy. Nigdy nie miała czasu. Ani minuty. Nie lubiła się spóźniać. Zawsze była przed. Teraz w jego wypadku się spóźniła. Nim to zrozumiała było za późno. Teraz myśli co mogłaby zrobić. Czasu cofnąć się nie da. Szkód wywołanych przez swoją ignorancję też nie.On już nie zrozumie, nie usłyszy jak ona żałuję. Jak bardzo jest jej przykro, że ich czas minął. Skończył się bezpowrotnie. Ktoś jednak idzie za nią, więc przyspiesza. Za chwilę wyjdzie na oświetloną ulicę. Ktoś za nią idzie coraz szybciej. Serce na chwile staje. Strach przeszywa ją na wskroś. Dotyka jej ramienia. Torebka spada, wysypuje się cała zawartość. Zamiast uciekać, ona rzuca się do zbierania szpargałów. On zresztą też. Płacze. Płacze jak oszalała, histerycznie. Podnosi głowę i widzi jego. To on za nią jednak wyszedł. Mówi, że kocha, że czekał i , że nadal czeka. Że wcale jej nie nienawidzi. Że na nią czekał całe życie, nawet jak patrzyła na niego z góry i przechodziła obok. Tyle czasu zmarnowali. Za dużo.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz