wtorek, 10 stycznia 2012

Moja bajka...

Na ulicy głośno, zimno, szaro i brudno. A tu jeszcze na tym przystanku trzeba stać i czekać. Autobus jak zwykle się spóźnia a przecież chwalili się, że będą jeździć jak w zegarku. Z jednej nogi na drugą, kiwam się jak pingwin. Mogliby jakieś koksowniki postawić chociaż. Nic o ludzi nie dbają. Wsiadam. Jak sęp szukający ofiary tak ja, przemierzam wzrokiem autobus za wolnym miejscem. Jest, jedno jedyne na samym końcu. Rzucam się do niego jak harpia na ofiarę. Już prawie jestem, jeszcze tylko jeden metrzyk. A tu siup i rosły blondas zajmuje mi miejsce. Gdyby wzrok mógł zabić to facet tonął by w krwi zamordowany na miejscu. No nic, zero szacunku, myślę. Jadę, podskakuje na wybojach ulicznych, ale dziarsko się trzymam. Odmierzam kolejno przystanki, marząc o spokoju. O ciszy, cieple, fiolecie ścian, kocie mruczącym miło i kubku mocnej jak czaj herbaty. Wysiadłam marząc jeszcze. Przemierzam pośpiesznie ulicę, prawie lecę jak na skrzydłach. Jeszcze chwilka, jeszcze moment. Schody do domu pokonuję prawie galopem. Rozbieram się z tych warstw odzienia, przeklęta zima, myślę w duchu. Jestem. Siadam. Wstaję , idę do kuchni. Nastawiam wodę na herbatę, z szafki wyciągam Delicje. Usadawiam się wygodnie na kanapie. Mam ciszę,mam spokój. Mam wszystko. To moja bajka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz